Myszy i ludzie

Ryuzo Yanagimachi, którego nazwisko nie było do niedawna szeroko znane poza naukowymi kręgami specjalistów od biologii reprodukcyjnej, zyskał sobie ostatnio sławę dzięki sukcesom w hodowli myszy. Nie są to oczywiście jakieś konwencjonalne myszy, które rozmnażają się zupełnie dobrze także bez pomocy profesora Yanagimachi. Są to mysie klony, czyli całe stado genetycznie identycznych gryzoni, poczętych w laboratorium w Honolulu z ominięciem etapu płciowego rozrodu. Siedemdziesięcioletni dziś Yanagimachi, który nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia w rodzinnej Japonii i od 30 lat prowadzi badania na Uniwersytecie Hawajskim w zaadaptowanym na ten cel starym magazynie, nie tylko zdołał powtórzyć na myszach wcześniejszy sukces szkockich uczonych, „rodziców” słynnej owcy Dolly, lecz wyprodukował także klony klonów – drugie pokolenie seksualnie rozmnożonych myszy. Dokonania Yanagimachiego i jego współpracownika Terihuko Wakayamy, którego laboratoryjnej zręczności eksperyment zawdzięcza w dużej mierze swój sukces, są tylko kolejnym epizodem w szybko postępujących badaniach nad udoskonaleniem techniki klonowania, czemu towarzyszy burzliwa publiczna debata na temat etycznych i społecznych implikacji inżynierii genetycznej. Może się wydawać paradoksem, że w czasach Viagry i Moniki Lewinsky, gdy seks wkracza triumfalnie do amerykańskiej kultury i polityki, w nauce jesteśmy świadkami prawdziwej „rewolucji aseksualnej”. Jej potencjalne konsekwencje dla ludzkości są doniosłe – tylko patrzeć, a seks przestanie być odpowiedzialną czynnością rozrodczą (służące temu działania zostaną zlecone laborantom), stając się czystą działalnością rozrywkową... Ci wszyscy, którzy śledzili losy owieczki Dolly, musieli zdobyć pewną wiedzę na temat istoty klonowania. Jak wiadomo, wszystkie komórki, z jakich zbudowane jest nasze ciało, zawierają pełen zestaw genetycznej informacji, niezbędnej dla skonstruowania kompletnego organizmu. Mają jej nawet w pewnym sensie więcej niż potrzeba, jako że w jądrach komórkowych znajdują się podwójne komplety chromosomów. Jeden ich zestaw pochodzi od matki, drugi zaś od ojca; rozmnażanie płciowe jest swego rodzaju genetyczną ruletką, w trakcie której następuje połączenie pojedynczych kompletów chromosomów obojga rodziców. Ponieważ każda komórka jajowa i każdy plemnik zawierają nieco inne geny i nie sposób przewidzieć, którą ich parę będzie miał zarodek, a następnie dziecko, rozmnażanie płciowe ma, obok innych atutów, także i ten, że narodzony potomek zdradza zwykle pewne nieprzewidywalne, zaskakujące cechy. Z wyjątkiem jednojajowych bliźniaków każdy z nas jest produktem niepowtarzalnej kombinacji genów. Przypadkowości tej można uniknąć, jeśli, zamiast pozostawiać wolną rękę naturze, umieści się w uprzednio pozbawionej jądra komórce jajowej komplet genetycznej informacji pobranej z jądra komórkowego istniejącego już osobnika i skłoni w jakiś pomysłowy sposób ową komórkę do rozwinięcia się w zarodek. Oczywiście jedynie podstawowa zasada tej procedury jest prosta; jej praktyczne zastosowanie wymaga pokonania niebywałych trudności, o których nie będę tu wspominał. Dość powiedzieć, że jednym z krytycznych problemów jest wybór właściwego pochodzenia owej przenoszącej informację genetyczną komórki, która w wypadku Dolly pochodziła z wymienia. Yanagimachi próbował użyć jako dostarczycieli genów rozmaitych komórek, między innymi pobranych z układu nerwowego i z narządów rozrodczych samca, ale powiodło mu się jedynie z żeńskimi komórkami pochodzącymi z otoczki jaja. Jak dotychczas, udawało się zatem uczonym klonować tylko osobniki żeńskie – co zresztą nie budzi niczyjego specjalnego zaniepokojenia. Uczeni prowadzący prace nad klonowaniem zwierząt zgodnie twierdzą, że klonowanie ludzi nawet im nie przyszło do głowy. Można, owszem, produkować kopie owiec, których wełna ma szczególnie pożądane własności, można powielać rekordowo mleczne krowy czy wreszcie, stosując bardziej zaawansowane techniki inżynierii genetycznej, stworzyć i rozmnożyć transgeniczne (czyli zawierające geny innych gatunków, w tym być może także człowieka) zwierzęta, które będą producentami antybiotyków bądź organów do przeszczepów. Co do ludzkich klonów, to Carl Feldbaum, rzecznik Organizacji Przemysłu Biotechnologicznego, podkreśla przy każdej okazji, że żadna z setek działających już na świecie firm zajmujących się inżynierią genetyczną nie prowadzi i nie zamierza prowadzić badań zmierzających do realizacji podobnych pomysłów. Sam profesor Yanagimachi, zapytany przez dziennikarzy o perspektywy klonowania osobników ludzkich, uprzejmie, lecz stanowczo stwierdził, że ten temat go nie interesuje. „Gdyby wszyscy ludzie zamieszkujący naszą planetę – dodał – okazali się nagle bezpłodni, krok taki mógłby być usprawiedliwiony. Na razie powinniśmy stosować metodę rozmnażania wymyśloną dla nas przez Matkę Naturę”. Jednakże nawet najbardziej solenne zapewnienia uczonych, że następnym klonem po owcach i myszach nie będzie człowiek, na niewiele się zdają. Dziennikarze, działając jako rzecznicy ludzkiego egocentryzmu, wydają się zainteresowani wyłącznie naszym własnym gatunkiem. Wielka publiczna debata na temat przyszłości ludzkiego rozmnażania nie osiągnęłaby zapewne swego wysokiego poziomu emocjonalnego, gdyby nie to, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nastąpiła znamienna zmiana w naszej samoświadomości, w wyobrażeniach ludzi o własnej naturze. Przez długi czas, począwszy co najmniej od lat trzydziestych, kiedy w Ameryce opublikowana została klasyczna dziś książka Ruth Benedict Wzory kultury, antropolodzy głosili przekonanie, iż ludzie są właściwie istotami pozbawionymi „natury”, ponieważ nasza osobowość i charakter kształtowane są przez wychowanie, kulturę i doświadczenia życiowe. Do połowy lat siedemdziesiątych dominującą w psychologii szkołą był behawioryzm, którego przedstawiciele – w Ameryce do najbardziej znanych należeli John B. Watson, a później Burrhus F. Skinner – twierdzili, że ludzkie zachowanie można wyjaśnić, widząc w nim wynik procesu uczenia oraz reakcję na wpływ środowiska. „Dajcie mi dziecko spłodzone przez dowolną parę rodziców – pisał Watson – i dajcie mi pełną kontrolę nad środowiskiem, w jakim będzie ono wzrastać – a sprawię, że wyrośnie na wybitnego uczonego, artystę, politycznego przywódcę czy też, jeśli tylko będę tego chciał, zostanie pospolitym przestępcą”. Antropologom i behawiorystom wtórowali socjolodzy, dla których człowiek, niemal z definicji, był tworem społecznych oddziaływań, natomiast z jakichś tajemniczych względów pozostawał immunizowany na wpływ czynników biologicznych. To dość powszechne przeświadczenie zostało w latach siedemdziesiątych w sposób systematyczny zakwestionowane przez socjobiologów. Od tego czasu, mimo silnego oporu rzeczników wpływu środowiska, w debacie na temat determinant ludzkiej osobowości zwolennicy poszukiwania ich w biologii stopniowo zyskiwali przewagę. Jednym z ich najbardziej elokwentnych reprezentantów stał się ostatnio Dean Hamer, autor napisanej wspólnie z Peterem Copelandem książki Geny a charakter. W powodzi prasowych publikacji oraz radiowych i telewizyjnych wywiadów, jakie towarzyszyły promocji książki Hamera i Copelanda, jedno przesłanie brzmiało szczególnie donośnie: „Przyszli rodzice, nie liczcie na to, że losy waszego potomstwa zależeć będą przede wszystkim od tego, jak je wychowacie. Mieszając wasze chromosomy, pamiętajcie, że w akcie prokreacji przekazujecie swojemu dziecku geny, które mogą zadecydować o tym, czy będzie ono inteligentne – czy też umysłowo mało sprawne, czy na ogół szczęśliwe – czy wiecznie zmartwione, czy okaże się łagodnym z usposobienia kujonem – czy też szukającym silnych wrażeń awanturnikiem”. Także skłonności ku osobom przeciwnej bądź tej samej płci mogą w znacznym stopniu zostać określone w chwili poczęcia. Jeśli Hamer ma słuszność, sprawa klonowania ludzi nabiera zupełnie nowego znaczenia. Jeśli istotnie nasz charakter zakodowany jest w genach, to pokusa uniknięcia ryzyka seksualnej ruletki oraz idea „kontroli jakości” naszych potomków pchać nas będą nieuchronnie ku próbom wykorzystania tej nowej technologii. Po co zdawać się na przypadek, jeśli można wyposażyć dziecko w dobre, sprawdzone geny, a szczególnie udany model powielić bez zbędnych modyfikacji? Dean Hamer jest postacią barwną i – w odróżnieniu od profesora Yanagimachiego – dość szeroko znaną w Ameryce i na świecie. Swą sławę zawdzięcza on ogłoszonej w 1993 roku kontrowersyjnej pracy, w której doniósł o odkryciu na czubku długiego ramienia chromosomu X „genu homoseksualizmu”. Hamer, który nie ukrywa bynajmniej faktu, iż sam jest seksualnie zainteresowany mężczyznami, wzbudził pewną konsternację twierdzeniem, że – inaczej niż u mężczyzn – u kobiet skłonności homoseksualne nie mają podłoża biologicznego, lecz czysto kulturowe. Trzy lata później, pracując z kierowanym przez siebie zespołem badaczy w prestiżowych Narodowych Instytutach Zdrowia w Bethesda w stanie Maryland, zlokalizował on inny, usytuowany tym razem na 11 chromosomie gen, mający rzekomo wpływ na cechę nazwaną przez niego „poszukiwaniem nowości”. Wkrótce potem, tym razem na chromosomie 17, zespół Hamera odkrył też gen, który zdaje się decydować o naszej skłonności do stanów niepokoju i zmartwienia. W połowie lutego, kiedy książka Hamera znajdowała się w druku, na spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia na rzecz Postępu Nauki (AAAS) w Filadelfii oświadczył on, że – jak wynika z jego badań – ten sam gen, który odpowiedzialny jest za nasze depresje i niepokoje, kontroluje też prawdopodobnie (przynajmniej u mężczyzn) intensywność naszego pociągu płciowego. Tłumaczy to, zdaniem badacza, dlaczego nerwowi mężczyźni są bardziej pobudliwi i skłonni do rozwiązłości, a także dlaczego zażywanie leku antydepresyjnego Prozac przynosi pacjentom tę dodatkową korzyść (?), że obniża ich zainteresowanie seksem. Wchodzący w grę gen, zwany receptorem dopaminy D4, występuje w dwu podstawowych formach. Jego „długa” odmiana wprawia nas w niepokój i sprowadza na złą drogę, „krótka” zaś działa jak naturalny Prozac. Hamer jest w tej chwili na tropie innego genu, który ma podobno utrudniać nałogowym palaczom (takim jak sam Hamer) pozbycie się tego niedobrego nawyku. Jak widać, zainteresowania Hamera jako tropiciela „genów osobowości” obejmują szeroki zakres cech. Richard Plomin, genetyk prowadzący ostatnio badania w londyńskim Instytucie Psychiatrii, jest poszukiwaczem bardziej wyspecjalizowanym. Przed z górą dwudziestu laty postawił on sobie za cel zidentyfikowanie genów kontrolujących ludzką inteligencję i ubiegłej jesieni odniósł, jak się wydaje, pierwszy sukces. W październiku 1997 roku jego doniesienie o odkryciu pierwszego „genu inteligencji” obiegło szeroko światową prasę. Choć ów szczególny gen – dla ścisłości: jest nim allel (czyli gen konkurujący z innym o to samo miejsce na chromosomie) IGF2R, położony na chromosomie 6 – przyczynia się do ogólnej inteligencji w stopniu stosunkowo niewielkim, jego odkrycie stanowiło dopiero skromny początek. Pod koniec lipca tegoż roku Plomin i jego współpracownicy opublikowali w czasopiśmie „Nature Neuroscience” wyniki kilkuletnich badań świadczące o tym, że szybkość, z jaką dzieci opanowują umiejętność posługiwania się mową, zależy w większym stopniu od czynników dziedzicznych niż od środowiska. Badania zespołu Plomina objęły blisko połowę wszystkich urodzonych w Anglii i Szkocji po 1994 roku bliźniąt, dokładnie 3009 par. Uczeni obserwowali rozwój ich inteligencji, postęp w opanowaniu języka i problemy z zachowaniem, a następnie wybrali spośród nich grupę (obejmującą 5% wszystkich badanych), w której dzieci po upływie dwu lat miały najbardziej ograniczone słownictwo. Plomin i jego koledzy stwierdzili, że w wypadku genetycznie niemal identycznych bliźniąt jednojajowych (które stanowiły około jednej trzeciej badanej próbki) prawdopodobieństwo, iż oba bliźniaki znajdą się wśród „wolno uczących się”, wynosi 80%. Ponieważ dla genetycznie odmiennych par liczba ta była o połowę niższa, badacze uznali to za dowód istotnego wpływu genów na proces ich intelektualnego rozwoju. Choć nie byli w stanie wskazać, który konkretny gen odpowiedzialny jest za trudności przy opanowaniu języka, spodziewają się tego dokonać w ciągu najbliższych dwóch lat. Badania jednojajowych bliźniąt, tych „naturalnych klonów”, były od wielu lat jednym z głównych motorów postępu psychologii genetycznej. Dopóki jednak uczeni obserwować mogli jedynie pary rodzeństwa wychowywane wspólnie w tej samej rodzinie, separacja domniemanego wpływu genów i środowiska na ich rozwój była niezmiernie trudna i mało przekonywająca. Przed dwudziestu laty nastąpił jednak w tej dziedzinie radykalny przełom, do którego po części przyczynił się przypadek. Na początku 1979 roku psycholog z Uniwersytetu Minnesota Thomas Bouchard natrafił na doniesienie prasowe opisujące spotkanie po 39 latach pary identycznych bliźniąt, Jamesa Lewisa i Jamesa Springera, którzy rozdzieleni zostali wkrótce po urodzeniu i zaadoptowani przez różne rodziny. Bouchard zrozumiał natychmiast, że los dostarczył mu niezwykłej szansy, i postanowił wykorzystać połączonych na nowo bliźniaków jako króliki doświadczalne w swych badaniach nad wpływem środowiska i dziedziczności na kształtowanie osobowości człowieka. Bracia James Lewis i James Springer stali się swego rodzaju sensacją dnia, nie tylko bowiem adopcyjni rodzice – którzy wychowując ich, nie wiedzieli, że są oni rozdzielonymi bliźniakami – dali im takie samo imię, lecz ich losy życiowe okazały się w niemal magicznym stopniu podobne. Obaj ożenili się i rozwiedli z kobietami o imieniu Linda, a następnie ożenili z kobietami imieniem Betty; obaj mieli psy, które nazwali Toy. Swym pierworodnym synom nadali imiona James Alan i James Allen; palili papierosy tej samej rzadkiej marki, uprawiali stolarkę jako hobby i spędzali wakacje na Florydzie na tej samej plaży. Kiedy rozeszła się wieść, że Bouchard – który tymczasem otworzył Centrum Badań Bliźniąt i Adopcji w Minneapolis i rozpoczął wieloletni program badawczy – poszukuje jednojajowych bliźniąt rozdzielonych po urodzeniu i zaadoptowanych przez różne rodziny (ostatecznie znalazło się ich 128 par oraz trzy grupy trojaczków), do uczonego zgłosił się kupiec z Kalifornii, niejaki Jack Yufe, którego historia okazała się jeszcze bardziej sensacyjna. Yufe, który był głęboko religijnym Żydem i spędził część swego życia w izraelskim kibucu, odnalazł po dwudziestu latach swego brata bliźniaka, który w rezultacie rozwodu rodziców dorastał w domu dziadków w Czechosłowacji. Ów brat, Oscar Stohr, który podobnie jak Jack miał sześć lat, gdy wybuchła II wojna światowa, wstąpił do Hitlerjugend, gdzie wychowano go na ideowego narodowego socjalistę. Ideologiczne i religijne różnice między braćmi były tak głębokie, że dopiero pośrednictwo Boucharda doprowadziło do ich częściowego pojednania. Choć różniło ich tak wiele, wykazywali oni także pewne wspólne cechy, często graniczące z dziwactwami. Poza podobnym wyglądem (obaj nosili identycznie przystrzyżone wąsy), temperamentem i zamiłowaniem do słodkich trunków i pikantnych potraw, obaj mieli dość dziwny zwyczaj spuszczania wody przed i po korzystaniu z toalety, a także głośnego kichania w miejscach publicznych. Zdawać by się mogło, że zgromadzone przez Boucharda dowody zdecydowanie przeważą szalę na rzecz „genetycznego determinizmu” i zakończą definitywnie odwieczną debatę na ten temat. Nic podobnego jednak nie nastąpiło. Niezwykłe podobieństwa pomiędzy rozdzielonymi przez lata jednojajowymi bliźniakami stanowiły, rzecz jasna, wdzięczny temat dla szukającej sensacji prasy, ale wśród naukowców budziły raczej zakłopotanie. Żaden rozsądny uczony nie posunąłby się bowiem do twierdzenia, że natura obdarza nas genami decydującymi o sposobie spuszczania wody w toalecie czy o wyborze imion dla naszych dzieci. Zbieżności te stanowiły ciekawostki o anegdotycznym charakterze, lecz ich głębsza naukowa wartość była bardzo ograniczona. Genetycy po prostu nie mogli traktować ich inaczej niż jako serię niezwykłych przypadków. Trzeba dodać, że zarówno bracia Springer i Lewis, jak Yufe i Stohr, wykazywali, obok wyżej opisanych podobieństw, także pewne zasadnicze odmienności charakterologiczne. Kiedy po dziesięciu z górą latach Bouchard podsumował wreszcie rezultaty badań, ich konkluzja brzmiała, że ludzka osobowość jest mniej więcej w połowie kształtowana przez czynniki dziedziczne, a w połowie przez wpływy środowiskowe. Takie kompromisowe stanowisko zajmuje od lat większość uczonych zaangażowanych w badania w dziedzinie genetycznych uwarunkowań zachowania. Podkreślają oni, że tradycyjne przeciwstawienie „natury” i „kultury” jest fałszywą alternatywą, zarówno bowiem dziedziczność, jak i środowisko mają swój wkład w kształtowanie naszej osobowości, a wpływy te są ze sobą tak ściśle splecione, że ich pełne rozdzielenie nie jest w ogóle możliwe. W rozmowie z dziennikarką brytyjskiego „The Times” Plomin wyraził zaskakujący w jego ustach pogląd, że po okresie przesadnej dominacji „determinizmu kulturowego” wpadamy w tej chwili, jak się wydaje, w przeciwną skrajność. „Kiedyś każdy myślał, że wszystko zależy od środowiska, i jedyną rzeczą, która miała znaczenie, był sposób, w jaki zostaliśmy wychowani – oświadczył uczony. – Potem pojawiła się genetyka behawioralna i od tej chwili zaczęło się wydawać, że charakter nasz zapisany jest w genach, a środowisko nie odgrywa żadnej roli. W rzeczywistości środowisko jest także niezwykle ważne”. Ta ostrożna opinia mogła być po części podyktowana względami politycznymi i taktycznymi. Trudno o bardziej kontrowersyjny temat naukowych dociekań niż studia nad genetycznymi podstawami inteligencji. Badacze, którzy interesują się tą dziedziną, są częstokroć oskarżani o całą listę grzechów – od rasizmu, poprzez propagowanie eutanazji, aż po faszyzm. Jak wyraził się kiedyś Matt Ridley, znany brytyjski autor popularyzujący psychologię ewolucyjną, „niewiele debat w historii idei prowadzonych było z takim udziałem głupoty, jak debata na temat ludzkiej inteligencji”. Wina za ten stan rzeczy leży zapewne po obu stronach i choć sami uczeni mogliby może w końcu osiągnąć jakiś kompromis, ich wpływ na dyskurs publiczny, posługujący się uproszczoną, często demagogiczną retoryką, jest ograniczony. Relacjonując badania Plomina, popularna prasa nie pisze, że w istocie zidentyfikował on jeden z genów, który może być odpowiedzialny za 2% zróżnicowań ludzkiej inteligencji. Genów takich mogą być setki, a może nawet tysiące, jako że według ocen genetyków za konstrukcję ludzkiego układu nerwowego odpowiada ponad 3000 genów. Rzecz jasna, nawet osobnik obdarzony pełnym kompletem „genów inteligencji” ma znikomą szansę wyrosnąć na Einsteina, jeśli jako noworodek porzucony zostanie w puszczy i wychowany przez dzikie zwierzęta. Autorzy wszystkich sumiennych badań, których wyniki zdają się dowodzić niewielkiego wpływu środowiska na ludzki rozwój, zastrzegają się, iż wnioski te dotyczą jedynie dzieci wychowanych w normalnych, zbliżonych do przeciętnych warunkach. Traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa: sieroctwo, skrajna nędza czy okrucieństwo wychowawców, mają niewątpliwie trwały i głęboki wpływ na osobowość dziecka. W dodatku samo pojęcie wpływu środowiska jest szalenie mgliste i niejednorodne. W potocznym przekonaniu ważną jego część stanowią takie czynniki, jak ustrój społeczny, poziom zamożności czy rodzicielskie metody wychowawcze, podczas gdy znacznie ważniejszy okazać się może poziom hormonów w łonie matki oraz jej dieta w okresie ciąży, albo też to, czy we wczesnym dzieciństwie doznało się urazu głowy. Owa ogromna liczba czynników środowiskowych – przy czym na niektóre nie mamy żadnego świadomego wpływu, inne zaś mogą prowadzić do efektów dokładnie przeciwnych niż oczekiwane – w znacznym stopniu może przesądzić o tym, że np. nie każdy mężczyzna, który jest nosicielem odkrytego jakoby przez Hamera „genu homoseksualizmu”, wyrasta na geja. Właśnie badania jednojajowych bliźniaków dowiodły, że jeśli jeden z nich ujawnia jako dorosły mężczyzna homoseksualne skłonności, to prawdopodobieństwo, że także jego „naturalny klon” ma te same upodobania, wynosi 50%. Jest to oczywiście znacznie więcej niż 14%, z jakimi mamy do czynienia w wypadku genetycznie odmiennych bliźniaków, ale jednocześnie trudno tu mówić o całkowitym genetycznym determinizmie. Przyznaje to chętnie sam Hamer, który podkreśla, że „predyspozycja nie oznacza predestynacji”. Problem w tym, że jeśli w naszym dążeniu do kontroli własnego przeznaczenia – dążeniu, które wydaje się głęboko (genetycznie?) zakorzenioną w ludzkiej naturze – uznamy, iż z dwóch rodzajów wpływu, poprzez dziedziczność i przez środowisko, tym pierwszym łatwiej będzie manipulować, to może nam być bardzo trudno oprzeć się takiej pokusie. Opinii publicznej nie kształtują, jak wspomniałem, sami naukowcy. Niewielu ludzi, nawet tych żywo zainteresowanych kwestią dziedziczności, czerpie swą wiedzę z lektury naukowych publikacji Hamera czy Plomina. Na masową wyobraźnię oddziałują także inne, pozanaukowe komunikaty. Ostra krytyka, z jaką spotkała się w latach siedemdziesiątych socjobiologia – a także krytyka, której wciąż są poddawane studia nad genetycznymi uwarunkowaniami ludzkich zachowań – ma dwa potężne źródła. Najistotniejszym jest wiara religijna, opowiadająca się za wizją człowieka jako obdarzonego nieśmiertelną duszą tworu Istoty Wyższej. Z ową wizją związana jest idea integralności ludzkiej osobowości, przy której człowiek sam nie ma moralnego prawa majsterkować, działalność taka jest bowiem uzurpowaniem sobie boskich prerogatyw. Choć w publicznej debacie na temat inżynierii genetycznej, klonowania i perspektyw sztucznego udoskonalenia człowieka argument religijny nie zawsze bywa otwarcie przywoływany, jednak ten metafizyczny motyw jest w niej niemal wszechobecny. Obok opozycji religijnej badania genetyczne zajmujące się człowiekiem napotykają także silny opór ze strony tych, których można by nazwać „opozycją lewicową”. W ciągu ostatnich dziesięcioleci nastąpił przedziwny zwrot części ideowej lewicy w stosunku do nauki w ogóle, a do biologii w szczególności. Lewicowcy, niegdyś podkreślający dumnie „naukowość” swej doktryny, dziś stali się wobec nauki bardzo podejrzliwi. Nie jest to może metamorfoza całkowicie zaskakująca, ponieważ koncepcja człowieka jako istoty genetycznie zdeterminowanej (koncepcja będąca zresztą, jak starałem się to wykazać, karykaturalnym uproszczeniem współczesnych idei naukowych) kłóci się radykalnie z marksistowską wizją istoty ludzkiej będącej w całości produktem stosunków społeczno-ekonomicznych. Jednak nawet ta część lewicy, która odżegnuje się od marksistowskiej ortodoksji, dostrzega w postępach ewolucyjnej psychologii poważną groźbę. Wedle przekonania owych ludzi lewicy wiara w genetyczny determinizm podważa ufność w powodzenie prób poprawy świata za pomocą środków politycznych i ekonomicznych, a zatem jest to wiara ze swej natury konserwatywna. Pomimo sprzeciwów, zastrzeżeń i oporów badania w dziedzinie genetyki człowieka rozwijają się w bezprecedensowym tempie. W 2005 roku mają się zakończyć prace nad projektem ludzkiego genomu, których rezultatem będzie kompletna „biblioteka” naszych genów. Zaangażowani w te prace uczeni są pełni entuzjazmu i wskazują na niebywałe korzyści, jakie w przyszłości przyniesie ludzkości genetyka. Będziemy w stanie zapobiegać lub leczyć setki nieuleczalnych dziś chorób dziedzicznych, a niektórzy z nas – jak w żartobliwym rozmarzeniu przewiduje genetyk Steve Jones – wyposażeni w szczególnie korzystny zestaw genów, będą wiedzieli, że mogą pić, palić i jeść smalec bez obawy przedwczesnej śmierci. Obok tych korzyści postęp ludzkiej genetyki niesie z sobą jednak także poważne problemy. Jesienią 1997 roku na ekrany amerykańskich kin wszedł fantastyczno–naukowy film zatytułowany GATTACA, którego tytuł utworzony jest pomysłowo z liter kodu genetycznego. Akcja filmu rozgrywa się w niezbyt odległej przyszłości, kiedy postęp ludzkiej inżynierii genetycznej pozwala na wybór cech przyszłego potomstwa, co w efekcie prowadzi do podziału społeczeństwa na doskonałą, sztucznie skonstruowaną elitę oraz warstwę „naturalnie urodzonych” obywateli niższej kategorii, których genetyczne defekty – objawiające się krótkowzrocznością, niskim wzrostem, płaskostopiem czy przeciętną inteligencją – skazują na wykonywanie drugorzędnych zajęć. Tak jak uprzednio Jurassic Park, także GATTACA została skrytykowana przez uczonych jako demagogiczny i antynaukowy horror, pełen nieścisłości, oparty na całkowicie błędnym przeświadczeniu, że postęp genetyki nieuchronnie zmierza w kierunku manipulacji ludzkim genomem. Lee Silver, wykładowca bioetyki na Uniwersytecie Princeton, autor książki Remaking Eden: Cloning and Beyond in a Brave New World (Poprawka Edenu: klonowanie i jego następstwa w nowym wspaniałym świecie), nie jest wcale pewien, że wizja ta jest daleka od rzeczywistości. W erę genetycznych poprawek, a wreszcie także w epokę klonowania ludzi, wkroczyć możemy w sposób stopniowy, nie zdając sobie z tego w pełni sprawy. Silver przypomina historię Anissy Ayala, nastolatki z Los Angeles, u której w 1988 roku lekarze wykryli białaczkę. Jej jedyną nadzieją był przeszczep szpiku kostnego, lecz dwuletnie poszukiwania nie doprowadziły do znalezienia właściwego dawcy. W rozpaczy rodzice Anissy zdecydowali się na urodzenie nowego dziecka, którego szpik szczęśliwie okazał się z punktu widzenia układu odpornościowego zgodny ze szpikiem starszej siostry i które w wieku 14 miesięcy stało się dawcą tkanki do przeszczepu. Historia ta ma szczęśliwe zakończenie; dzieci żyją i cieszą się dobrym zdrowiem. Nie zmienia to jednak faktu, zauważa Silver, że był to pierwszy wypadek „wyprodukowania” istoty ludzkiej z wyraźnym zamiarem użycia jej jako dawcy organu do przeszczepu. Czy rodzice Anissy postąpili niemoralnie? Silver nie próbuje udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. W kwestiach moralności zdecydowane odpowiedzi często nie istnieją. Gdy będziemy już w stanie wymieniać zmutowane geny powodujące chorobę Huntingtona, zespół Downa czy cukrzycę, poprawiając tym samym naturę, niemoralne będzie, być może, zaniechanie takiej interwencji. A jeśli rodzice „przy okazji” postanowią wymienić u swego potomka kilka „genów niskiej inteligencji”, za sprawą których szczytem jego przyszłej kariery mogłaby być co najwyżej posada nocnego stróża lub w najlepszym razie praca hydraulika - któż będzie miał moralne prawo im tego zakazać?

Portal: wiw.pl
(08-1998)

WRÓĆ